Rzyganie do snu? Nie, dziękuję – o szkodliwości treningu snu

  • by

“Czasem dzieci wymiotują podczas prób samodzielnego zasypiania. Nie martw się tym (jeśli nie ma ku temu przyczyn zdrowotnych). Po prostu u niektórych maluszków wysiłek emocjonalny objawia się tym, że ich żołądek oczyszcza się pod wpływem stresu”.

Monika Huntjens, “Dobry sen maluszka”

Ten cytat wywołał jakiś czas temu niezłe zamieszanie w moim zakątku internetu. Kiedy przeczytałam go po raz pierwszy z rana, nie posiadałam się ze złości. Mało co mnie tak natychmiastowo wk….wia (no nie da się tego powiedzieć łagodniej) jak głębokie niezrozumienie potrzeb dziecka i funkcjonowania jego rozwijającego się mózgu, a na dodatek propagowanie szkodliwego postępowania wobec dzieci z pozycji “eksperta”. Udostępniłam ten cytat wraz z krótkim komentarzem na fanpage’u i reakcja ludzi mnie uspokoiła: nie jestem sama. Jest wiele, wiele osób, które oburza tak okrutne traktowanie dzieci.

Zauważyłam jednak w komentarzach, że część osób nie jest przekonana, że przytoczona porada jest szkodliwa. Ponadto, wiele spośród oburzonych osób bazowało w tym oburzeniu na swoich odczuciach (co jest jak najbardziej uzasadnione), ale nie wie do końca, na jakie konkretnie szkody narażone jest dziecko, którego rodzice zastosują się do tej porady. Dlatego postanowiłam wyjaśnić to pokrótce w tym poście. Nie zagłębiam się tu w różne rodzaje i natężenia tego, co jest nazywane “treningiem snu” czy “nauką zasypiania”; chodzi tu ogólnie o metody, w których rodzice nie reagują przez jakikolwiek czas CELOWO na sygnały dziecka. Dla uproszczenia przekazu, odnoszę się konkretnie do powyższego cytatu.

Co dzieje się z dzieckiem, kiedy jest ono poddawane treningowi snu?

Metody propagowane przez tę książkę nie tylko nie są oparte na badaniach naukowych, ale też za nadrzędny cel mają – co zaznacza sama autorka – przeforsowanie woli rodziców wobec dziecka, bez dostatecznego wzięcia pod uwagę i próby zrozumienia, co dziecko postawione w takiej sytuacji odczuwa, co dzieje się w jego mózgu.

“U niektórych maluszków wysiłek emocjonalny objawia się tym, że ich żołądek oczyszcza się pod wpływem stresu” – jest mi trudno znaleźć odpowiednie słowa na skomentowanie tego zdania bez uciekania się do tych uważanych powszechnie za niecenzuralne. Jest to najzwyczajniej w świecie wymysł autorki – i to wymysł potencjalnie niezwykle szkodliwy dla dzieci, rodziców, ich relacji i całego życia rodzinnego. Zjawisko “oczyszczania żołądka” przy “wysiłku emocjonalnym” nie istnieje i nie znajduje poparcia w żadnych znanych mi badaniach naukowych dotyczących rozwoju dziecka i człowieka. Na pewno słyszałyście o kimś dorosłym, kto zwymiotował lub odczuwał mdłości ze stresu, a może same byłyście w takiej sytuacji. Nietrudno wyobrazić sobie, jak niebotyczny poziom stresu wywołuje takie reakcje psychosomatyczne. Czy namawianie rodziców do fundowania takich odczuć własnym dzieciom jest w porządku i bezpieczne, w jakimkolwiek kontekście?

Kontekst zresztą jest tu również bardzo istotny. Jak wskazują specjaliści, czas zasypiania powinien kojarzyć się dziecku ze spokojem, wyciszeniem, relaksem. Zasypianie ma być przyjemne, po prostu – czy to nie jest dla nas, dorosłych, w naszym własnym kontekście, oczywiste? Dlaczego więc tak drastycznie inaczej mamy traktować osoby, których życie i zdrowie zależy bezpośrednio od nas, a które na dodatek nie mają żadnych, zdobytych w toku życia, dostępnych strategii samodzielnego poradzenia sobie z trudną sytuacją?

Wpływ treningu snu na mózg dziecka

Współczesne badania z zakresu rozwoju i funkcjonowania mózgu dziecka wykazały, że niemowlę lub małe dziecko, które jest poddawane tak zwanemu “treningowi snu”, “nauce zasypiania”, “wypłakiwaniu” itp. doświadcza ogromnego zalewu mózgu hormonami stresu – przede wszystkim kortyzolem i adrenaliną. Są to hormony, których wysokie stężenia związane są z reakcją walki-lub-ucieczki (fight-or-flight response), podczas której mózg koncentruje się tylko i wyłącznie na przetrwaniu. Procesy umysłowe, trawienne i inne są minimalizowane, ponieważ wszystkie siły organizmu skupione są na wołaniu o pomoc, walce o przetrwanie. Niemowlę nie rozumie, że opiekun jest, jeśli go nie widać. Niemowlę pozostawione w łóżeczku na “naukę zasypiania” jest przekonane, że zostało zupełnie samo na świecie – ono nie wie, że jest bezpieczne w łóżeczku. Dla jego mózgu zostawienie w łóżeczku jest równoznaczne z zostawieniem go samego w trawie na sawannie lwom na pożarcie – z ewolucyjnego punktu widzenia jest to dokładnie ten sam bodziec.

Mózg niemowlęcia, które płacze i którego nikt nie pociesza, wyłącza procesy rozwojowe, w tym hamuje mnożenie się szarych komórek. Przedłużający się podwyższony poziom kortyzolu, spowodowany długotrwałym wołaniem o pomoc, może osiągnąć toksyczne stężenie, aż do uszkodzenia kluczowych struktur rozwijającego się mózgu. Aktywowane są ścieżki bólu, dokładnie te same, które aktywują się przy zranieniu. Im częściej pozwalamy dziecku na długotrwałe wołanie o pomoc, tym częściej te ścieżki się aktywują, programując wzorzec reakcji na bodźce stresowe na całe życie (o tym dobrze udokumentowanym zjawisku można przeczytać więcej np. w książce “Mądrzy rodzice” Margot Sunderland). Oznacza to, że dziecko poddawane okresom długotrwałego płaczu w niemowlęctwie i wczesnym dzieciństwie może przez całe życie mieć nadreaktywny układ nerwowy, reagując poczuciem zagrożenia, wysokiego stresu i napięcia (a następnie trudnością w rozluźnieniu się i rozładowaniu napięcia) nawet w bezpiecznych sytuacjach. Owa nadreaktywność systemu nerwowego w dalszym życiu znacząco zwiększa ryzyko zaburzeń lękowych i depresji.

Wpływ treningu snu na więź i relacje

Innym wymiarem, w którym takie praktyki mogą wyrządzić wiele szkód, jest relacja między dzieckiem a jego opiekunami. W zdrowej relacji, opartej na bezpiecznym stylu przywiązania, wzajemne interakcje opierają się na empatii, przestrzeni na wyrażanie swoich potrzeb, słyszenie ich przez drugą stronę oraz na wzajemnym szacunku. W oczywisty sposób, w relacji dziecka z opiekunem to po stronie opiekuna leży 100% odpowiedzialności za kształt owej relacji – stopniowo zmienia się to wraz z rozwojem możliwości poznawczych i społecznych dziecka, które również chce być odpowiedzialne za swoje relacje. Z naukowego punktu widzenia nie ulega wątpliwości, że to relacja dziecka z rodzicami lub głównymi opiekunami modeluje późniejsze ważne relacje w życiu człowieka (ok. 70% dorosłych ma w związku partnerskim identyczny styl przywiązania jak z matką w wieku 12 miesięcy).

Poczucie osamotnienia, niemożliwości liczenia na pomoc opiekunów i własnej nieskuteczności komunikacyjnej, które wykształcają w sobie dzieci poddawane “treningowi snu” i pozostawiane do długotrwałego płaczu, predestynują dziecko do unikającego stylu przywiązania. Dzieci, których rodzice w dzień i w innych sytuacjach niż zasypianie zachowują się responsywnie i empatycznie, a w sytuacji kładzenia do łóżka nagle zmieniają swój model reakcji i ignorują sygnały dziecka, mają duże szanse wykształcić lękowo-ambiwalnetny styl przywiązania. Oba te style przywiązania w dorosłych związkach wiążą się ze zwiększoną liczbą problemów zarówno w obszarze relacji, jak i w funkcjonowaniu danej osoby w porównaniu z bezpiecznym stylem przywiązania, opartym na prawdziwej, stabilnej więzi, której nie “wyłącza się” na żądanie w wybranych sytuacjach (por. Mary Ainsworth, John Bowlby, William i Martha Sears, Jesper Juul, Carlos Gonzalez, Agnieszka Stein, Małgorzata Musiał i inni).

Czego pragniemy dla naszego dziecka?

Stwierdzenie, że wymiotowanie z powodu płaczu jest czymś normalnym, to nic innego jak namawianie opiekunów do ignorowania sygnałów dziecka. To niebezpieczna praktyka, która może w przyszłości prowadzić nawet do nierozpoznania ważnych sygnałów związanych z zaburzeniami zdrowia – fizycznego lub psychicznego – u dziecka, nie wspominając już kolejny raz o niepowetowanych stratach, które będzie cierpieć relacja dziecka z opiekunem. W żadnej zdrowej relacji między ludźmi nie ma miejsca na ignorowanie i nietraktowanie poważnie sygnałów dyskomfortu czy cierpienia jednej ze stron.

Warto w tym miejscu zastanowić się: jaki jest nasz cel jako rodziców? Czy będzie to wytresowanie dziecka pod nasze widzimisię, walka i postawienie na swoim; czy raczej mądre, empatyczne przewodnictwo, pełne uważności na potrzeby wszystkich członków rodziny, a nie tylko tych najsilniejszych, którzy mogą przemocą egzekwować swoje pomysły? Czy wychowujemy posłuszne dziecko dla własnej wygody teraz (na jakiego człowieka wyrośnie takie dziecko?), czy niezależnego, pewnego siebie dorosłego, który ufa, że świat jest dobry i potrafi wchodzić w zdrowe relacje oparte na więzi – kosztem części naszego komfortu, np. nieprzerwanego snu i dyskusji w miejsce nakazów, teraz (por. William i Martha Sears, koncepcja “nocnego rodzicielstwa” – nighttime parenting, “Księga rodzicielstwa bliskości”, “Księga snu”)?

Różnica między…

…wybieraniem przemocy a przemocą dla ochrony dziecka

Clue szkodliwości treningu snu nie leży wcale w przemocowym zachowaniu samym w sobie. Ono tkwi w wybieraniu przemocy. To częsty argument osób, które próbują bronić metod tresowania dzieci: np. “a co, jak dziecko biegnie na ulicę, to dasz mu wbiec pod samochód?”. To zupełnie nieadekwatny przykład – wlaśnie ze względu na wybór. W przypadku treningu usypiania stoisz przed wyborem: wybrać przemocowy sposób kładzenia spać (nie nazwę tego nawet usypianiem) czy wybrać empatię i reagowanie na sygnały dziecka? W przypadku, kiedy dziecko biegnie w stronę ulicy stoisz przed wyborem: wybrać możliwość, że dziecko zginie pod samochodem czy wybrać zatrzymanie go z użyciem siły, jeśli inaczej się już nie da (prewencja oczywiście byłaby najlepszym wyborem, ale czasem jest na nią za późno i już)? Kontekst jest wszystkim.

…wybieraniem przemocy a przemocą dla ochrony siebie

Czasem jako rodzice znajdujemy się w sytuacji skrajnej, podbramkowej i patowej. Zadziało się coś takiego, że nasze zasoby emocjonalne kompletnie się wyczerpały (kto tam nie był, niech pierwszy rzuci kamieniem) i np. czujemy, że jeśli szybko nie znajdziemy się w domu, to możemy stracić panowanie nad sobą. Wpinamy płaczące i wyrywające się dziecko na siłę do fotelika samochodowego, krzycząc na nie, i grzejemy do domu z niedozwoloną prędkością i głośną muzyką, śpiewając na głos. Tak, takie sytuacje się zdarzają i nie ma sensu sobie za to dowalać. Czasem nie mamy przestrzeni na empatię, bo same ledwo dajemy sobie radę ze swoimi emocjami (albo nie dajemy sobie rady). To ludzkie. Ale to są incydenty. To kolosalna różnica: wsadzać dziecko na siłę do fotelika na chłodno i co do zasady, “bo gówniarz musi się nauczyć, że ma się słuchać”, a wsadzać dziecko na siłę do fotelika, gotując się ze złości, raz na jakiś czas, kiedy czujemy, że nie jesteśmy w stanie zrobić w tym momencie, z tymi emocjami, nic innego. A potem zastanowić się nad tym, wyciągnąć wnioski, postarać się bardziej zadbać o swoje potrzeby zawczasu (znów: prewencja).

…wybieraniem przemocy a przemocą z bezsilności

Podobna kwestia jak powyżej. Czy krzyczysz na dziecko, bo wybierasz tę metodę i bo ma się ono Ciebie słuchać i już, czy raczej krzyczysz na dziecko, bo czujesz się bezsilna po wielu próbach dogadania się przy pomocy empatii, słuchania, rozmowy? Analogicznie: czy na chłodno planujesz to, że dziecko będzie usypiało, płacząc, i pozwalasz mu na to, żeby “nauczyć je spać”, czy raczej zdarza Ci się czasem zostawić płaczące dziecko do snu, bo już nie możesz znieść ciągłych pobudek / dwugodzinnego usypiania itp.? Strasznie ważna jest intencja! Jeśli co do zasady chcesz być empatycznym rodzicem, zdarzą Ci się przemocowe zachowania, zwykle z bezsilności. Jeśli wybierasz przemocowe rozwiązania na chłodno, Twoją intencją będzie poddanie dziecka przemocowym działaniom. To OGROMNA różnica z perspektywy dziecka – zarówno pod względem aspektu emocjonalno-relacyjnego, jak i po prostu częstotliwości występowania tych zachowań.

…zostawieniem dziecka emocjonalnie samego a zostawieniem dziecka z empatycznym dorosłym

Usłyszałam też taką wątpliwość: “przecież mówisz o tym, że kobieta może zostawić dziecko z jego tatą, jeśli potrzebuje zadbać o swoje potrzeby – a co, jeśli dziecko będzie bardzo długo płakać, a nawet zwymiotuje, kiedy zostanie z tatą?”. Znów wchodzimy tu w kwestie ochrony siebie (jeśli idziesz na noc do rodziców, żeby przespać JEDNĄ noc ciągiem od kilku lat), częstotliwości takich zdarzeń, a nade wszystko – empatycznego nastawienia. Jeśli zostawiasz dziecko na jedną czy kilka nocy pod opieką osoby, która reaguje na jego sygnały, nosi je, przytula, stara się zaspokoić jego potrzeby, to nawet, jeśli dziecko nadal płacze, nie czuje się już tak zagrożone, nieskuteczne i bezsilne jak dziecko, którego sygnały są ignorowane. Intencja.

Wybór – TAK, przemoc – NIE

Podsumowując: głęboko wierzę, że każdy ma prawo samodzielnie wybierać, spośród wielu możliwości, taką ścieżkę towarzyszenia dzieciom i wychowania ich, którą chce podążać. Jednak przedstawianie przemocy, okrucieństwa i zaniedbania jako jednej z dostępnych opcji jest w moim przekonaniu nieetyczne i nie przynosi korzyści nikomu, najbardziej zaś szkodzi tym najbardziej bezbronnym – dzieciom – oraz tym najbardziej zagubionym i niepewnym – rodzicom.

Jasne, każdy chciałby się wyspać – jako wysokowrażliwa matka trojga dzieci, w tym dwóch high-need babies, a w tym z kolei jednej, która na wszystko reaguje trudnościami ze snem, NAPRAWDĘ to rozumiem. Nie mam zamiaru promować męczennictwa jako najlepszego stylu macierzyństwa. Ale między niespaniem przez kilka lat a przemocą jest jeszcze całe spektrum możliwości – możecie o nich przeczytać np. u Searsów w “Księdze snu” i dowiedzieć się np. od polskiej specjalistki w zakresie snu Magdaleny Komsty. Jesteśmy ludźmi wyposażonymi w możliwość krytycznego myślenia i naprawdę warto z tego często korzystać. “Wyrzygiwanie” dziecka do snu, poza swoim okrucieństwem, jest przecież zwyczajnie krótkowzroczne (a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że ślepe).

Okej, za dwa tygodnie zaczniesz przesypiać noce, bo Twoje wymęczone, zrezygnowane dziecko przestanie Cię wołać. Czy jesteś gotowa za to zapłacić nieodwracalnymi zmianami w jego mózgu? Podwyższeniem ryzyka jego zachorowania na depresję i zaburzenia lękowe? Problemami w Waszych wzajemnych relacjach, oddaleniem, zwiększonymi trudnościami w kontakcie (pomyśl o wieku przedszkolnym, nastoletnim)? Problemami w jego formowaniu zdrowych związków w dorosłości? Problemami z poczuciem własnej wartości, których odkręcanie zajmuje zwykle ludziom całe życie i niemal nigdy nie kończy się pełnym sukcesem?

Zdecyduj sama. Ja wolę się przez pięć lat nie wysypiać zbyt dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *